czwartek, 20 lutego 2014

Rozdział XXIII Each day is dri­ve through his­to­ry.

          Wszedłem do domu. Ściągnąłem z siebie buty i przemoczony sweter i już miałem iść do pokoju, kiedy zatrzymał mnie Dylan.
    - A ty co taki wkurzony? Okresu dostałeś? - zapytał z uśmiechem. I to był błąd, bo dla mnie nie było się z czego śmiać. Co najwyżej ryczeć na całego.
    - Spierdalaj ode mnie - warknąłem.
    - Ej, jak ty się do brata zwracasz? Przeproś go - rozkazała mama.
    - Dajcie wy mi wszyscy święty spokój - krzyknął i pobiegłem do moich czterech ścian. Trzasnąłem drzwiami i zamknąłem je na klucz. Usiadłem na łóżku i złapałem się na głowę. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Dopiero co Lor żyła. Chodziliśmy na spacery, śmialiśmy się razem. A teraz? Został mi z niej tylko zimny trup. Czułem się jak z jakimś słabym horrorze. Kochałem ją, kocham i będę kochać. Szkoda tylko, że nie zdążyłem jej tego powiedzieć...
          Nagle usłyszałem dźwięk mojego telefonu. Spojrzałem na wyświetlacz. Rozalia. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Pewnie zaczęłaby wypytywać się o Lor i dlaczego nie odbiera telefonu. Odrzuciłem połączenie, ale białowłosa nie dawała spokoju. Znowu zadzwoniła. Postanowiłem odebrać, żeby w końcu dała mi święty spokój.

Just : Halo?
Roza : Kopyta ci palą Justinku. Wiesz dlaczego Lor nie odbiera?
Just : Zadzwoń do jej brata, to się dowiesz. 
Roza : Ale nie mam do niego numeru.
Just : Zapisuj. 553 745 836, masz?
Roza : Tak, dzięki. To do jutra.
Just : Hej.

          Doskonale wiedziałem, co się dzieje z Lor, ale nie nie chciałem o tym rozmawiać. Po prostu nie mogłem wydusić z siebie tego, że ona...nie żyje. Nie chciałem z nikim i gadać i chciałem być sam. Musiałem to wszystko na spokojnie przemyśleć i poukładać sobie w głowie sprawy z ostatniego tygodnia. Najlepiej byłoby zapomnieć o wszystkim, a zwłaszcza o niej...Nie to, że jej nie kochałem, wręcz przeciwnie, ale po prostu to wszystko mnie przerastało.
    - Justin, otwórz - usłyszałem za drzwiami.
    - Nie. Zostaw mnie w spokoju. Chcę być sam - warknąłem.
    - Ale dlaczego? Powiedz o co chodzi. Przecież jestem twoją matką i mi możesz powieć. Chcę ci pomóc - odrzekła. Westchnąłem i otworzyłem jej drzwi. Usiadłam obok mnie i objęła mnie ramieniem. - Powiedz co się dzieje.
    - Ona... - szepnąłem. Chciałem dokończyć, ale w moim gardle stanęła wielka gula, która mnie pozwoliła mi wypowiedzieć ani słowa.
    - Kto? - zapytała trochę wystraszona.
    - Loree...Ona - szepnąłem. - Nie żyje.
    - J-jak to nie żyje? Co się stało? - spytała dociekliwie.
    - Popełniła samobójstwo. Uważała, że to przez nią byłem w śpiączce i że to wszystko tylko i wyłącznie jej wina - jęknąłem. - A doskonale wiemy, że to nie prawda.
    - No tak. Przecież zrobił to ten jej były - oznajmiła. - To na prawdę straszne. Przykro mi Just. To była wspaniała dziewczyna. Ale nie martw się. Jeszcze znajdziesz sobie inną.
    - Nie - burknąłem. - Nigdy nie będę z żadną inną. Za bardzo ją kocham i nigdy o niej nie zapomnę...

*???*

          Brrr...Dlaczego tu tak zimno? Normalnie gorzej niż w lodówce. I dlaczego nie pamiętam co się stało? To już jest dziwne...A może ja umarłam? Nie! Przecież z piekle jest gorąco, a nie zimno, prawda? A więc w takim razie gdzie ja jestem? No w każdy razie trzeba wstawać. Podniosłam się, ale walnęłam o coś głową. 
    - Ała! - krzyknęłam i rozmasowałam głowę. Kto tu postawił to blaszane pudło? - Halo? Jest tu ktoś? Jeśli tak, to niech mnie wypuści! - krzyknęłam. Dopiero wtedy zauważyłam, że mam na sobie jakiś biały fartuch. - Wypuści mnie ktoś stąd z łaski swojej?!
          Nagle "łóżko" na którym leżałam zaczęło się wysuwać. Znajdowałam się w jakiejś ciemnej sali. Dookoła mnie było coś w stylu takich szuflad XL, a w nich były lodówki. Normalnie jak...kostnica?
          Wtedy stanął nade mną jakiś mężczyzna i patrzył na mnie jak na jakąś kosmitkę. Zaczął mi świecić w oczy jakąś latareczką. W końcu się odezwał.
    - Witamy z powrotem wśród żywych panno Loreeno Ryen - odrzekł z uśmiechem na ustach.
    - Ale o co... - nie zdążyłam dokończyć, bo facet mi przerwał. Nie przerywa się kobiecie chamie jeden.
    - Śmierć kliniczna, kojarzy pani? - kiwnęłam twierdząco głową - Była pani nieżywa cztery godziny. Byliśmy pewnie, że pani się nie obudzi, ale jednak miała pani szczęście.
    - Śmierć kliniczna? Ale dlaczego jestem w szpitalu? Co mi się stało? I jaki dzisiaj dzień? - zapytał zdezorientowana. 
    - Nie pamięta pani? - zapytał i zmarszczył czoło. - Chciała pani popełnić samobójstwo. A dzisiaj jest dwudziesty trzeci kwietnia, piątek, godzina dwudziesta dwanaście.
    - Samobójstwo? - mruknęłam sama do siebie. Ale dlaczego chciałam się zabić? Przecież ja kocham swoje życie mimo tego, że nie jest zbyt lekkie. - Zadzwoni pan po mojego brata? Chcę go zobaczyć.
    - Oczywiście - oznajmił lekarz. - Teraz zawieziemy panią na salę. Przecież nie może pani leżeć w kostnicy - zaśmiał się. Miałam rację. To była kostnica.
           Zawieźli mnie do jakiejś sali, przydzielili mi łóżko i podpięli do jakiś gówienek. Jakieś dziesięć minut do sali wszedł mój brat. Kiedy mnie zobaczył, za początku był zdziwiony, potem szczęśliwy, następnie wzruszony, potem wkurzony (zapewne tym samobójstwem) i tak w kółko. W końcu do mnie podbiegł i przytulił mnie mocno do siebie.
    - Udusisz mnie - jęknęłam ostatkiem sił. - Chcesz, żebym na prawdę zginęła.
    - No jasne, że nie - odrzekł i poczochrał mi włosy. - Nawet nie wiesz jak się o ciebie bałem. Byłem pewien, że nie żyjesz.
    - Bo to prawda. Po prostu "zmartwychwstałam".
    - Mam nadzieję, że nie masz zamiaru znowu się zabijać. 
    - Nie, bo nawet nie wiem, dlaczego chciałam się dzisiaj zabić. Ostatnie co pamiętam, to...Dick! Zrobił coś Justinowi? - zapytałam przestraszona.
    - Nie, spokojnie. Nic mu nie jest. Był w szpitalu, ale żyje i jest w całym kawałku.
    - Uf - odetchnęłam. - A teraz mów. Powiedz wszystko, co się stało od tamtego czasu - rozkazałam. Dan kiwnął głową. Zaczął od tego, jak zadręczałam się śpiączką Justina, a skończył na mojej próbie powieszenia się i tym wbiciu noża w brzuch. - Serio? Ale dlaczego ja się tym tak zadręczałam? Przecież to Dick go postrzelił, a nie ja.
    - Mnie się pytasz? Sam nie wiem dlaczego. Mówiłaś coś, że gdybyś nie wiązała się nigdy z tym Dickiem to nic by się stało i zadręczałaś się śmiercią taty i Lie - oznajmił brat. Po krótkim namyśle przypomniałam sobie o czymś.
    - Mam prośbę - odrzekłam. - Możesz zadzwonić do Justina, żeby przyjechał do szpitala? Chcę zobaczyć jego minę, jak zobaczy mnie w jednym kawałku - zaśmiałam się.
    - Jasne. Zaczekaj - powiedział i zniknął na korytarzu. Tak bardzo chciałam teraz zobaczyć Justa. Powiedzieć mu, jak bardzo go kocham, przytulić i pocałować. To było to, czego najbardziej wtedy potrzebowałam.
          Wtedy do sali wrócił mój brat z uśmiechem na twarzy.
    - I jak? - zapytałam.
    - Mówiłem mu "przyjedź, to coś zobaczysz", a on "odpierdol się! Nigdzie nie idę", a ja "No nie bądź cham! Zobaczysz coś!", ale on dalej mi zaczął coś przeklinać i dopiero, gdy powiedziałem, że to w twojej sprawie, to powiedział, że przyjedzie - odpowiedział Daniel, a ja w tym czasie turlałam się ze śmiechu po łóżku. Aż jakaś rurka mi się odpięła.
    - Cały on - mruknęłam i kiwnęłam głową z dezaprobatą. - I powiedz. Jak nie kochać takiego zgredka?
    - No nie wiem. To nie ja z nim chodzę.
    - A zamknij się - burknęłam i szturchnęłam Dana w ramię. 
    - Tak się bratu odpłacasz? - zapytał i zwinął usta w podkówkę. Wywróciłam oczami i przytuliłam go. - Teraz lepiej.
    - Idiota - mruknęłam.
    - Miło mi. Daniel jestem - odrzekł z szerokim uśmiechem. Nagle przyszedł do niego sms. Wyjął telefon i spojrzał na wyświetlacz. - Justin przyszedł. Zaraz ci go przyprowadzę.
    - Oks - odrzekłam i ułożyłam się wygodnie. Daniel wyszedł z sali i chwilkę później wrócił z Justinem. Chłopak nawet mnie nie zauważył, bo był okropnie smutny.
    - No i po co mnie tu przyprowadziłeś? - mruknął do mojego brata. Wtedy Dan wskazał palcem w moją stronę. Justin niechętnie odwrócił głowę, ale kiedy mnie zobaczył, zrobił wielkie oczy i zaczął się jąkać. - J-j-ja m-mam przy-przywidzenia?
    - A słyszałeś o śmierci klinicznej? - zapytał Dan. Justin stał jeszcze chwilkę i wpatrywał się we mnie, ale kiedy mu pomachałam, szybko do mnie podbiegł i mnie przytulił. Właśnie tego mi wtedy brakowało.
    - Lor, tak się bałem - powiedział i mocniej przycisnął mnie do siebie. - Byłem pewien, że nie żyjesz.
    - Bo tak było - odrzekłam i uśmiechnęłam się do niego, kiedy oderwaliśmy się od siebie. - Kocham cię.
    - Ja ciebie też - oznajmił i pocałował mnie namiętnie.
    - Hej, hej, hej! Koniec tych miłości! - zawołał ktoś. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam Rozalię, która biegła w moim kierunku. Dosłownie skoczyła na mnie i zaczęła mocno ściskać.
    - Loree, jak ja się martwiłam, kiedy twój brat powiedział, że nie żyjesz. Prawie zawału dostałam.
    - Nie dziwię się - mruknęłam - Roza, puść. Miażdżysz mi organy wewnętrzne.
    - Sorki - odrzekła i puściła mnie. - W każdym razie nawet nie wiesz jak się cieszę, że widzę cię w jednym kawałku.
    - Domyślam się - odrzekłam i przytuliłam Rozalię i Justina jednocześnie. - Jak ja tęskniłam. Nie rozumiem dlaczego miałabym popełniać samobójstwo, skoro mam taką zajebistą przyjaciółkę i chłopaka.
    - Też tego nie rozumiem - odrzekł smutno Just.
    - Dobra, zostawiam was zakochańce, bo widzę, że musicie sobie wszystko wytłumaczyć. Będę na korytarzu - powiedziała i wyszła. Zostaliśmy razem z Justinem sami. Spuściłam głowę i wpatrywałam się w moje palce.
    - Lor, spójrz na mnie - rozkazał Just. Nie drgnęłam. Wtedy chłopak podniósł mój podbródek tak, że patrzyłam mu w oczy. - Dlaczego chciałaś się zabić?
    - Nie wiem - jęknęłam. - Nie pamiętam wydarzeń z ostatniego tygodnia. Sama sobie się dziwię, że chciałam się zabić. Wiem, zdarzały się gorsze dni, ale nigdy nie chciałam się zabić. Sama nie rozumiem swojego postępowania.
    - Rozumiem - odrzekł. - W każdym razie mam nadzieję, że nie będziesz znowu próbowała się zabić. Wiesz, że jesteś dla mnie okropnie ważna i nie przeżyłbym tego.
    - Wiem, wiem - oznajmiłam z uśmiechem i poklepałam szatyna po policzku. - Dla ciebie mam zamiar jeszcze trochę pożyć.
    - Miło, że o mnie myślisz - odrzekł i pocałował mnie. Just siedział przy mnie gdzieś do północy, póki nie zadzwoniła jego mama i nie kazała mu wracać do domu. Niechętnie się pożegnał i wyszedł. Oczywiście rozmawialiśmy też Rozą, która musiała iść do domu jakąś godzinkę przed Justem. Eh...Jeszcze tydzień będę musiała wytrzymać w tym szpitalu. Ale przynajmniej wiem, że mam dla kogo żyć...

***
*Justin*

    - Justin, pośpiesz się! - krzyknęła Rozalia.
    - Już, już - odrzekłem i podbiegłem do recepcji. - Przepraszam, gdzie mogę znaleźć doktora Avengera? - zapytałem. Kobieta pokierowała mnie gdzie mam iść i chwilkę później poszliśmy w tamtą stronę z Rozą. - Myślisz, że mogło jej się coś stać?
    - Justin, to jest porodówka a nie OIOM. Na pewno nic jest nie jest - powiedziała spokojnie. - A ty się tak nie stresuj.
    - To nie ty za chwilę zostaniesz ojcem, tylko ja - oznajmiłem i usiadłem na ławce. Trudno mi było usiedzieć w miejscu, ale jakoś wytrzymałem. Nagle zza drzwi wyszedł lekarz. Szybko do niego podbiegłem. - I jak panie doktorze?
    - Gratuluję. Dwie córki - oznajmił lekarz i uśmiechnął się lekko. Nie mogłem w to uwierzyć. Zostałem ojcem. Strasznie się z tego powodu cieszyłem zwłaszcza, że Loree jest cała. Mam tylko nadzieję, że nie będą miały charakteru po matce bo Lor i jej dwoma klonami to ja chyba nie wytrzymam. - Może ją pan zobaczyć. 
    - Dziękuję doktorze - powiedziałem i wszedłem do sali. Na jednym w łóżek leżała szatynka i trzymała na rękach dwa niemowlaki. Uśmiechnęłam się do mnie szeroko. Odwzajemniłem uśmiech i podszedłem do niej. 
          To zakończenie można uznać za szczęśliwe.
--------------------------------------------

         A więc jednak zmiana planów. To był ostatni rozdział. Cieszycie się, że wreszcie skończyłam tego bloga, co nie? No nie dziwię się wam. Sama pod koniec miałam go dość. Mam tylko nadzieję, że ten nowy blog będzie mieć co najmniej te trzydzieści rozdziałów.

         A tak w ogóle, to chyba uzależniłam się od uśmiercania ludzi w opowiadaniach. Tak więc postaram się, aby nie ginęło tyle ludzi. Oczywiście dwójka na pewno zginie marnie, mam to już utalone. W każdym razie nie uśmiercę głównej bohaterki, nie martwcie się :)



Link

  Hejo wszystkim!
A teraz łapcie linka do mojego nowego bloguszka
Jak na razie jest tylko prolog. Pierwszy rozdział powinien pojawić się 
gdzieś około soboty lub niedzieli.
Czekajcie cierpliwie.
Mam nadzieję, że spodoba wam się ten blog, a jak nie
to miejcie pretensje do Agi pass, bo ona mnie zmusiła do stworzenia bloga.

To chyba tyle na dzisiaj. Bayka. I proszę o komy w nowym blogu :)

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział XXII Coura­ge is to re­sist fear, mas­te­ry of fear - not ab­sence of fear.

Dobra, jednak będzie mniej niż dziesięć rozdziałów. Jeszcze może tak dwa maksymalnie trzy i zaczynam nowego bloga. Wiem, nienawidzicie mnie. Trudno. Będziecie jeszcze bardziej, jak przeczytanie ten rozdział do końca. Życzę powodzenia.

-------------------------------------------------------------

          Westchnęłam głośno, zamknęłam oczy, przeżegnałam się i zrobiłam krok do przodu. Świat bezemnie będzie lepszy...
          Nagle poczułam, że ktoś złapał mnie za nogi i próbował trzymać w górze. Otworzyłam oczy i zobaczyłam mojego brata. Ściągnęłam z szyi pętlę i wtedy ciemnowłosy postawił mnie ziemi. Spojrzał mi w oczy.
    - Dlaczego chciałaś się zabić?! Oszalałaś?! - krzyknął. Wtedy się rozpłakałam. Dan spojrzał na mnie smutno i  przytulił mnie do siebie - P-Przepraszam, ale po prostu martwię się o ciebie. Odkąd Justin jest w śpiączce, jesteś okropnie zdołowana, ale nie pomyślałbym, że będziesz chciała się zabić.
    - Bo przez mnie wszyscy umierają. Tata i Lie zginęli, ponieważ zaczęłam nagrywać Bellę, a Justin bo się z nim związałam. Naraziłam go i nigdy sobie tego nie wybaczę! - powiedziałam we łzach.
    - Przecież to Dick go postrzelił, a nie ty.
    - Ale zrobił to przez mnie. Gdybym nigdy się z nim nie wiązała, to by się nie mścił - oznajmiłam. - Po za tym mogłam go jakoś powstrzymać, ale zamiast tego wyrywałam się jak głupia - krzyknęłam i teraz rozpłakałam się całkowicie.
    - Lor, rozumiem, że go kochasz, ale na pewno się obudzi...
    - Ty nic nie rozumiesz! - zawołałam. - Jeśli się obudzi, będzie chciał ze mną być, ale ja tego nie chcę. Nie chcę go znowu zarażać na jakieś niebezpieczeństwa. Chcę, żeby był szczęśliwy, ale ze mną tego nie zazna - odrzekłam i wybiegłam z piwnicy. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Zamknęłam na sobą drzwi, padłam na łóżku i zaczęłam płakać w poduszkę.
          Dlaczego moje życie musi być takie pokręcone? Co ja takiego zrobiłam? Zabiłam kogoś? Odebrałam chłopaka? Nie! To dlaczego inni muszą przez mnie cierpieć? Mam dość wszystkiego! Siebie i całego mojego niemającego sensu życia.
          Kiedy przestałam płakać, odwróciłam głowę, bo cały czas trzymałam ją w poduszcy, przez co nie mogłam oddychać. Zaczęłam przyglądać się zdjęciom wiszącym na ścianie. Violetta, Iris, Rozalia, Alexy, Armin, Dylan, Kastiel, Lysander, Max, Luke i inni...Nie zasługiwałam na takich przyjaciół. Oni zawsze podnosili mnie na duchu.
    - Chyba właśnie zrozumiałam co to jest depresja - mruknęłam sama do siebie. Nie wiedziałam, jak poradzić sobie z tymi wszystkimi problemami. Chciałabym walczyć, ale nie mam siły. Nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Tak bardzo bym chciała, żeby Justin był teraz przy mnie. Żeby mnie przytulił i powiedział jak bardzo mnie kocha i że wszystko będzie dobrze. Ale tego nie zrobi! Nie zrobi, bo przez mnie jest z jakiejś śpiączce i nie wiadomo, czy w ogóle się obudzi. Do tego Dylan mnie nienawidzi, bo uważa, że wszystko to moja wina! Tak! To moja wina! Ma racje! Tyle ludzi przez mnie cierpi, że nie zasługuję w ogóle na to, żeby żyć.
          Nagle usłyszałam pukanie do mojego pokoju. Był to Daniel.
    - Loree, proszę, otwórz. Musze ci coś powiedzieć - zawołał.
    - Nie możesz powiedzieć przez drzwi? - zapytałam ponuro.
    - Dobra, jak chcesz - mruknął. - Justin się obudził ze śpiączki. Chce cię zobaczyć - odrzekł. Justin? Obudził się? Nie mogłam w to uwierzyć! Byłam prze szczęśliwa. Żadne słowa nie mogły opisać mojej radości. Ale po kilku sekundach moja mina zrzedła.
    - Fajnie - oznajmiłam ponuro.
    - To wszystko co masz do powiedzenia? - zapytał zirytowany.
    - Już ci mówiłam, że on przez mnie był w tej śpiączce. Lepiej będzie, jak o mnie zapomni i zacznie nowe życie.
    - Loree, ty masz jakąś depresję czy jak? Normalnie, to byś się cieszyła jak dziecko, a ty mówisz, że "fajnie"? Dziewczyno, weź się zastanów. Ty go kochasz, on ciebie też. I to nie twoja wina, że on był w śpiączce. Ty go postrzeliłaś, czy Dick? A tata i Lie? Sama mówiłaś, że Bella wcześniej czy później i tak by go zabiła.
    - Ale ona może wrócić i będzie się mścić. Nie chcę go po raz drugi narażać na takie niebezpieczeństwo.
    - Chciałem ci o tym powiedzieć, ale nie mogłem, bo zaraz po próbie samobójstwa uciekłaś do swojego pokoju - zaczął. - Ona nie żyje. Próbowała zabić swojego partnera, więc policja nie miała wyjścia i ją zastrzeliła. Teraz nie masz się czego bać. Dick i Bella nie żyją, a tamtym dwóch facetów, co byli razem z Dickiem wsadzili do więzienia. Skoro jeszcze nikt stamtąd nie uciekł, to oni też tego nie zrobią.
    - I co to ma do rzeczy?
    - To, że teraz nie ma kto się na tobie mścić. Jeszcze możesz być z nim szczęśliwa! Zrozum to w końcu i jedź do niego! - rozkazał i odszedł. A jeśli Daniel ma rację? Jeśli na prawdę powinnam do niego pojechać, a nie siedzieć i użalać się nad sobą? Nie wiem! Po prostu nie wiem! Mam kompletną pustkę w głowie. Nie wiem co robić.
           Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć nad tym co mam robić. Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Z jednej strony nie chciałam być z Justem, aby go nie narażać, ale z drugiej...Kochałam go najbardziej na świecie. Był całym moim życiem i nie wiedziałam jak miałabym wytrzymać bez jego ciepła, troski o mnie, oddania. Wiedziałam, że już nigdy nie poznam kogoś tak wspaniałego jak on i że już nikogo nie pokocham tak, jak mojego ukochanego.
          Ale najważniejsze pytanie, czy powinnam teraz pójść do szpitala i być z szatynem już na zawsze, lub nigdy więcej go nie zobaczyć i pozwolić mu być szczęśliwym z kimś innym.
    - Nie. Nie mam siły walczyć. Po prostu nie mam rady - jęknęłam.

***

        Od wybudzenia się Justina minął już tydzień. Wypuścili go dzisiaj. Postanowiłam ze sobą skończyć. Chciałam go tylko po raz ostatni zobaczyć. Zobaczyć jego szczery uśmiech... To wszystko, czego potrzebowałam.
        Podeszłam do szuflady w kuchni i  wyciągnęłam z niej nóż. Jego ostrze odwróciłam tak, aby dotknęło mojej klatki piersiowej. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam odwagi tego zrobić. Po prostu nie mogłam. Ale nie miałam wyjścia.
    - Justin, wybacz mi - szepnęłam i wbiłam sobie nóż w sam środek brzucha i szybko go wyjęłam, aby szybciej się wytrawić. Na początku poczułam okropny ból. Upadłam na kolana. Dotknęłam miejsca, w którym wcześniej tkwiło narzędzie. Lał się z niego strumień krwi. Nagle poczułam, że moje powieki powoli się zamykają i odpływam na drugi świat. Usłyszałam jeszcze dzwonek do drzwi, ale nie przejmowałam się nim. - Żegnaj - szepnęłam i upadłam na ziemię, po drodze strącając ze stołu jakiś talerz.

*Justin*
         Właśnie szedłem do domu Loree. Gdy byłem w szpitalu, ani razu mnie nie odwiedziła. Martwiłem się o nią. W ogóle nie odbierała telefonów, nie kontaktowała się ze mną.
         Stanąłem przed drzwiami do domu szatynki. Zadzwoniłem do drzwi i czekałem, aż ktoś otworzy, jednak się nie doczekałem. Już miałem odejść myśląc, że nikogo nie ma, ale usłyszałem huk. Coś jakby tuczący się talerz. Czyli jednak ktoś musi być w środku, ale nie chce mi otworzyć. Lekko nacisnąłem klamkę. Drzwi były otwarte, więc wszedłem do środka.
    - Jest tu ktoś? - zapytałem. Nikt się nie odezwał. Jakaś siłą kazała wejść mi do kuchni, więc jej posłuchałem. Wolnym krokiem ruszyłem do pomieszczenia. Kiedy się tam znalazłem, zobaczyłem coś, co sprawiło, że moje serce stanęło. Lor leżała w ogromnej kałuży krwi, a obok niej leżał nóż. Szybko podbiegłem do niej i sprawdziłem puls. Był prawie niewyczuwalny.
    - Loree, coś ty narobiła - jęknąłem. Wstałem, wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem na pogotowie. Powiedzieli, że przyjadą jak najszybciej. Oby tylko w tym czasie Loree się nie wykrwawiła. Na wszelki wypadek ściągnąłem z siebie bluzę i przyłożyłem ją do rany. A obiecałaś, że mnie nigdy nie zostawisz...

***

        Siedziałem teraz w karetce razem z Lor i dwoma ratownikami. Zadzwoniłem już do jej brata, który obiecał, że jak najszybciej postara się być w szpitalu. Na uklęknąłem przy dziewczynie.
    - Błagam cię, nie umieraj - szepnąłem i położyłem głowę na jej ramieniu. - Nie zostawiaj mnie samego. Nie poradzę sobie bez ciebie - jęknąłem. Ratownicy patrzyli na mnie ze współczuciem. Pewnie myśleli, że jest ona dla mnie kimś ważnym. I mieli rację... Ona była całym moim światem. Była dla mnie jak powietrze. Bez niej bym nie przeżył.
        Kiedy dojechaliśmy do szpitala, kazali mi wyjść z karetki, a sami wyciągnęli ją z pojazdu i zawieźli do budynku, a następnie do jakiejś sali. Chciałem wejść za nimi, ale mi zabronili. Kazali zostać, więc ich posłuchałem. Prze szybę patrzyłem jak przenoszą ją na łóżko, a następnie biegają wokół niej lekarze i pielęgniarki. Mówili coś do siebie, przypinali do rurek i różne takie. Martwiłem się o nią. I to strasznie. Bałem się, że tego nie przeżyje i już nigdy nie zobaczę jej pięknego uśmiechu i tego jak słodko się denerwuje. Tego, że już nigdy ona się do mnie nie przytuli i nie będę miał okazji powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham.
        Ale nadal nie rozumiem jednego. Dlaczego chciała się zabić. Przecież ten jej Dick mnie nie zabił, bo nadal żyję, a jej brat na pewno jej powiedział, że się wybudziłem. Nie rozumiem po co to zrobiła.
        Wtem poczułem lekkie uderzenie w ramię. Odwróciłem głowę i zobaczyłem brata Lor.
    - Co jej się stało? - zapytał z zatroskaniem i popatrzył przez szybę.
    - Chciała się zabić. Wbiła sobie nóż w brzuch - odrzekłem.
    - Znowu?
    - Że..Co?! Jak to znowu?! - zapytałem z przerażeniem.
    - To znaczy...Eh. Tydzień temu próbowała się powiesić, ale ją powstrzymałem, Miała kilka wizyt u psychologa, a dzisiaj miała mieć następną.
    - Ale dlaczego chciała się zabić?
    - Uważała, że to, że ty byłeś w śpiączce, to jej wina - westchnąłem. - I mówiła, że Lie i ojciec nie żyją przez nią.
    - Ale...Przecież to Dick mnie postrzelił, a nie ona. Nie rozumiem...
    - Mówiłem jej to samo. Powiedziała, że to jej wina, bo gdyby się nie wiązała z tym psychopatą, to on by się nie mścił.
    - Ona chyba do reszty oszalała - jęknąłem, usiadłem na krześle i schowałem twarz w dłonie. Siedziałem tak dobre kilka minut. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem na twarzy Daniela przerażenie. Szybko się podniosłem i zaglądnąłem przez szybę, co dzieje się z Loree. Wpadła z jakiejś drgawki, a jej serce strasznie przyśpieszyło. Nie zważając na zakaz lekarzy, aby wchodzić, szybko wbiegłem do sali.
    - A pan co tu robi? Proszę wyjść - rozkazał lekarz, lecz ja go nie słuchałem. - Siostro, proszę wyprowadzić pana - lekarz zwrócił się do jakiejś kobiety, która odciągnęła mnie od łóżka Lor.
    - Ratujcie ją! - krzyknąłem przerażony. Nagle lekarze, którzy przed chwilką biegali wokół szatynki, zatrzymali się. Nie, tylko nie mówcie, że ona.
    - Czas zgonu, szesnasta dwadzieścia trzy - odrzekł smutno jeden z lekarzy.
    - Nie! Tylko nie to! To jest niemożliwe - jęknąłem, oparłem głowę o ścianę i zacząłem walić w nią pięścią. Następnie do sali wszedł brat Lor, który kiedy dowiedział się co się stało, również był załamany. - Lor, co ty zrobiłaś... - szepnąłem i zamknąłem oczy. Pozwoliłem lecieć łzom po moich policzkach.
    - Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy - odrzekł lekarz. Tak! Wy zrobiliście wszystko, co w waszej mocy, ale ja nie...
          Nie zważając na innych, wybiegłem szybko ze szpitala. Akurat padał deszcz. Nie zwracałem na niego uwagi, tylko założyłem na spuszczoną głowę kaptur, ręce włożyłem do kieszeni i poszedłem do parku.
         Nie mogłem uwierzyć w to, czego przed chwilką się dowiedziałem. To było wręcz niemożliwe. Już nigdy nie zobaczę jej pięknego uśmiechu, anielskiego głosu i nigdy nie poczuję jej dotyku. Kurwa! Dlaczego to musiało spotkać akurat ją?! Nie rozumiem, co ona zrobiła! A ja? Zamiast pobiec do niej i powiedzieć, że to nie jej wina, że byłem w śpiączce, to sobie spokojnie spacerowałem. Gdybym się pośpieszył, to mógłbym ją uratować. A tak? Nie żyje! Moja ukochana nie żyje!
          Do domu doszedłem jakieś półtorej godziny później. Byłem cały przemoczony, ale nie zwracałem na to uwagi. Myślałem tylko o Lor. Tylko o niej! I co ja teraz zrobię? Żyłem tylko dla niej, a teraz? Nie mam dla kogo żyć! nie, nie zabiję się! Ona by tego nie chciała, ale już nigdy nikogo nie pokocham tak, jak ją...Nigdy!

---------------------------------------------------------------

No! Na początku miałam trochę poczekać z tą śmiercią, ale w końcu zdecydowałam się trochę wcześniej ją zabić. A wy się tak flustrujcie! Blog się jeszcze nie skończył i mogę was zaskoczyć czymś innym xD

sobota, 15 lutego 2014

For Naćpana Żelkami

          No więc masz urodziny, dlatego też z tego powodu życzę Ci dużo szczęścia, wspaniałych przyjaciół, dobrych ocen (a nie same dwójki ze sprawdzianów z anglika xd), wspaniałego chłopaka, który będzie się o ciebie troszczył, pogodnych dni, żeby twoi bracia cię nie wkurzali, spełnienia marzeń, jednorożca, wesołego jajka no i wgl. wszystkiego czego zapragniesz. No i oczywiście najważniejsze...WENYYYY!

          Na urodziny miałam zamiar podarować ci rozdział, ale wgl. nie mam na niego pomysłu. Jak chcesz, to mogę powiedzieć ci wierszyk, który nie ma nic związanego z urodzinami. Chcesz? Dobra. Ale ostrzegam. Przez przeczytaniem go skonsultuj się z psychologiem, no chyba, że chcesz, żeby twoja bania była jeszcze bardziej zryta niż jest.


No więc khy, khy :

Gdzieś daleko w Himalajach
Słoń powiesił się na jajach
Teraz wisi se na trąbie
I jajami drzewo rąbie

albo piosenka :

*nuci* Miś Colargol wielki cham
Miał pół litra wypił sam
Teraz sobie smacznie śpi
I pół litra mu się śni
Misio o-o-o
Kaca, kaca, kaca ma
I do do-o-mu
Miś Colargol nie-e wraca

Może być? No. Czyli prezent z głowy. Życzę ci jeszcze raz wszystkiego najlepszego :)


piątek, 14 lutego 2014

Rozdział XXI Few can do us good, almost any can do us harm

         Dobra Ewa. Nie chcesz, to nie dodawaj zdjęcia, ale wiedź, że teraz ani słowem się do cb nie odezwę. Mam focha do odwołania labo do tąd, aż zdjęcie dodasz. Wybieraj!

         No i też Sorki, że rozdział tak późno, ale po prostu nie miałam czasu. W poniedziałek leń mnie ogarnął, we wtorek dyskoteka walentynkowa, środa leczenie kaca i robienie komiksu na konkurs z histy z koleżankami i czwartek - wróciłam późno. No i do tego Naćpana żelkami, która swojej fota nie chce dodać! Cały tydzień zawalony zajęciami. Nie ma nawet czasu, żeby na kompa wejść. No ale za to teraz dodaje :) Znajcie moją litość. 

---------------------------------------------

Dick : Pamiętaj. Masz nikomu nic nie mówić o naszym spotkaniu, bo twój kochaś zginie
 marnie i masz być sama, zrozumiałaś?
Lor : Eh...Dobra.
Dick : No to do siedemnastej...

          Rozłączyłam się i położyłam telefon na biurku. Oparłam się o ścianę i schowałam twarz w dłonie. Przez mnie Justin może zginąć. Przeze mnie! To wszystko moja wina! Gdybym nigdy nie zaczęła się zadawać z tym typem, to nic by się nie stało! Żyłabym normalnie z moim ukochanym! A teraz? Mogę jedynie tam iść i pozwolić mu robić swoje...Wiedziałam po co mu byłam. Miała być następną zabawką. Najpierw mnie zgwałcić, a potem zabiję, ale przynajmniej Just będzie żył. Ułoży sobie jakoś życie z inną, będzie mieć upragnioną dwójkę dzieci i będzie szczęśliwy. Ja przynoszę mu tylko problemy. Jestem pewna, że Dick go wypuści. I tak go szukają, więc nie ma nic do stracenia. Przecież wiadomo, że i tak zmieni kryjówkę. Zgwałci mnie, zabije i ucieknie. Proste. Wiem, że brzmi to trochę głupio. Wydaję się mówić, jakbym była obojętna co on ze mną zrobi, ale to prawda. Zależy mi tylko na tym, aby Just był szczęśliwy. Ze mną na pewno nie zazna ani odrobiny szczęścia. Przynoszę mu tylko kłopoty.
         Westchnęłam i wstałam z łóżka. Byłam tym wszystkim po prostu przygnębiona. 
         "Eh, muszę się uśmiechnąć, bo Daniel zauważy, że jest coś nie tak. - pomyślałam. Próbowałam przypomnieć sobie jakiś kawał, ale żaden nie przynosił upragnionego efektu. Trudno, najwyżej powiem, że mam okres. Wtedy na pewno nie będzie mnie wypytywać.
          Podeszłam do szafy i zaczęłam w niej grzebać. Wyjęłam z niej pierwsze lepsze ciuchy. Padło na szarą koszulę z krótkim rękawem, czarne szorty i czarny sweter. Skoro to ostatni dzień mojego życia, to trzeba się na czarno ubrać. Rozczesałam jeszcze włosy, ułożyłam grzywkę i związałam włosy z wysokiego kucyka. Wzięłam jeszcze telefon i zeszłam na dół. Weszłam do kuchni i usiadłam przy stole.
    - Hej - powiedziałam i wysiliłam się na sztuczny uśmiech.
    - Cześć - odrzekł Daniel i wyszczerzył się do mnie. - Nie wyglądasz za dobrze. Coś się stało? - zapytał.
    - Nie - odrzekłam. - Po prostu mam okres - skłamałam.
    - Aha. Masz - podał mi talerz z tostami z serem i szynką. Szybko je pochłonęłam i odstawiłam talerz do zlewu. Następnie usiadłam na kanapie i zaczęłam oglądać jakiś program. Eh, o dziesiątej leciał ekstremalny ranking zwierząt. Niestety go nie oglądałam. Ciekawe, co by znowu wymyślili. Zwierze, któremu pryska krew z oczu? No takie akurat istnieje...Ale pies z rogami? Takiego chyba nie ma. No w każdym razie wymyśliliby jakąś głupotę.
         Siedziałam i oglądałam jakieś porąbane seriale do około godziny szesnastej trzydzieści. Wtedy postanowiłam się zbierać. Zgasiłam telewizję i ubrałam buty obraz kurtkę. Zgarnęłam jeszcze telefon i wyszłam z domu. Powoli weszłam do lasu. Zaczęłam iść w stronę małego strumyka, obok którego stała opuszczona chata, w której miałam spotkać Dicka.
          Po dwudziestu minutach marszu byłam na miejscu. Przy drzwiach stał mój były razem z jakimiś dwoma kolesiami i Justinem. Gdy szatyn mnie zobaczył, zaczął się szarpać i próbował krzyczeć (pewnie chciał zawołać,  żebym uciekała), ale miał usta zatkane jakąś szmatką, więc nie było szans, żeby wydusił z siebie chodź słowo. Ubrałam na głowę kaptur i podeszłam do grupki. Jeden z facetów uśmiechnął się szyderczo i posłał mi całusa w powietrzu, ale ja nie zwracałam na niego uwagi.
    - Masz mnie, a więc teraz go wypuść - warknęłam do Dicka i posłałam mu zawistne spojrzenie. Wtedy Dick uśmiechnął się szyderczo, wyjął pistolet i strzelił do Justina. Szatyn runął na ziemie. Zaczęłam krzyczeć i płakać. Gdy chciałam do niego podbiec, jeden z facetów złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. - Ty świnio! Obiecałeś! - krzyknęłam do ciemnowłosego.
     - Obiecałem, że go puszczę, ale nie mówiłem, że żywego - odrzekł z szatańskim uśmiechem. Nie miałam siły. Po prostu nie miałam siły. Osunęłam się na ziemię i schowałam twarz w dłonie. Miałam dość. Dość wszystkiego! Dość tego pieprzonego życia, w którym nic mi się nie udaje. Świat byłby lepszy, gdybym nie istniała. Wtedy Justin by żył i byłby szczęśliwy. A tak? Nie żyje! Nie żyje i to przeze mnie! Idiotka, idiotka, idioootkaaa!
    - Widzisz kotku? Ze mną nie wygrasz - syknął Dick i pociągnął mnie za włosy abym wstała. Leniwie podniosłam się z ziemi i spojrzałam ciemnowłosemu w oczy. On przyłożyłam mi nóż do brzucha. - Ostatnie słowo przed śmiercią?
    - Jeszcze pożałujesz tego, co mu zrobiłeś - warknęłam i splunęłam chłopakowi w twarz. Ten popatrzył na mnie lekko przymrużonymi oczami. Nagle zamachnął się i z całej siły uderzył mnie w twarz. Upadłam na ziemie, a z nosa zaczęła mi lecieć krew. Wtedy Dick uklęknął naprzeciwko mnie i podniósł mój podbródek tak, abym patrzyła na niego.
    - Pożałujesz tego, co zrobiłaś - warknął i już miał wbić w mój brzuch nóż, kiedy usłyszałam strzał. Dick popatrzył na jakiś punkt przed sobą i runął na ziemie. Spoglądnęłam w stronę, z której ktoś strzelił. Było to...Justin. Stał oparty o drzewo i trzymał się za bok, z którego leciała mu krew. W drugiej ręce trzymał pistolet. Uśmiechnął się do mnie blado. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Siedziałam i nie mogłam się ruszyć. Kiedy wreszcie się otrząsnęłam, szybko wstałam i pobiegłam w jego stronę. Dosłownie się na niego rzuciłam. Justin syknął. Pewnie przez tą ranę. Puściłam go i spojrzałam mu w oczy.
    - Nic ci nie zrobił? - zapytał cicho. Kiwnęłam głową i znowu go przytuliłam. Nagle ktoś mnie od niego odciągnął. Był to jeden z koleżków Dicka. Drugi w nich złapał Justina i wykręcił mu ręce.
    - No...Muszę przyznać, że nieźli jesteście - powiedział jeden z nich z szatańskim uśmieszkiem. - Dobij tego chłoptasia - zwrócił się do faceta, który trzymał Justa. - A my się zabawimy - mruknął i pocałował mnie w szyję. Drgnęłam. Zalała mnie fala żenady.
    - Spróbuj ją tknął, a cię zabiję - syknął szatyn.
    - Zamknij się - uciszył go blondyn. - A tobie Mat kazałem go zabić - warknął. Drugi kiwnął głową i wyjął pistolet.
    - Nie! Nie róbcie tego! Możecie zabić mnie, ale nie jego! - krzyknęłam. Nie mogłam go znowu stracić. Po prostu nie mogłam. Już raz Amber zniszczyła nas związek i nie chcę, żeby to się powtórzyło. Tylko że teraz, to już go więcej nie zobaczę...Nigdy.
          Facet wycelował do Justa, a blondyn przytrzymał mnie, abym nie uciekła. Próbowałam się wyrwać, krzyczałam, ale to nie pomagało. Wtedy usłyszałam strzał. Pisnęłam, ale zdałam sobie sprawę, że Justin żyje, a facet, który próbował go zabić, leży na ziemi w kałuży krwi. Nagle w naszą stronę zaczęło biec kilkunastu policjantów, którzy kazali blondynowi się ode mnie odsunąć, bo strzelą. Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam w stronę szatyna. Zobaczyłam, że siedzi oparty o drzewo i zwija się z bólu. Szybko podbiegłam i uklęknęłam przy nim. Lekko odsunęłam jego ręce z rany i spojrzałam na nią. Wyglądała okropnie. Ściągnęłam z siebie sweter, urwałam kawałek materiału i przycisnęłam ją do rany. Nagle podbiegł do nas jeden z policjantów.
    - Nic wam nie jest? - zapytał.
    - Mi nie, ale jego postrzelili - odrzekłam. Mężczyzna spojrzał na niego. Następnie szybko wstał i skierował się w stronę innych. Justin spojrzał mi w oczy.
    - Wreszcie po wszystkim - oznajmił. Nagle zamknął oczy i runął na ziemię...

***

         Właśnie siedziałam w szpitalu. Łokcie miałam oparte o kolana, a twarz schowałam w dłonie. Dlaczego tu byłam? Odpowiedź, to Justin. Zapadł w śpiączkę. Śpi już jakiś tydzień. Nie mogłam do niego przyjść w tym czasie, bo cały czas miałam przesłuchania. Do tego jeszcze sprawa w sądzie tych dwóch idiotów. Dostali po pięć lat. A Dick? Nie żyje! Wreszcie mogę spokojnie odetchnąć. 
         Najbardziej dołuje mnie to, że Just uratował mi życie, a ja? Zamiast kopnąć tego blondyna między nogi i powstrzymać Dicka przez tym strzałem, to próbowałam się wyrywać jak głupia! A mogłam go uratować! Mogłam! A teraz?! Praktycznie nie ma szans, że się kiedyś wybudzi. Większa jest szansa, że umrze.
          Wtedy z sali, w której leżał Justin, wyszedł Dylan. Szybko zerwałam się na równe nogi.
      - Możesz do niego wejść - powiedział oschle. Uważał, że to przeze mnie Just może umrzeć. I właściwie ma rację. To ja go narażałam. To była moja wina! Wszystko przez mnie! Nienawidzę samej siebie!
          Spojrzałam smutno na chłopaka i weszłam do sali. Just leżał przypięty do kilku rurek. Gdy go zobaczyłam, prawię się rozpłakałam. Wyglądał strasznie. Siniaki na całej twarzy i kilka blizn na rękach.
          Usiadłam na krześle obok łóżka i złapałam szatyna za rękę. Była okropnie zimna. Spuściłam głowę, a po policzku spłynęła mi łza. Dlaczego ja jestem taką idiotką? To ja teraz powinnam leżeć teraz na tym łóżku przypięta do jakiś rurek, a nie on! To ja powinnam cierpieć...
          Siedziałam przy jego łóżka jeszcze jakieś dziesięć minut. W końcu postanowiłam wrócić do domu. Wyszłam więc na korytarz i skierowałam się do drzwi. Na zewnątrz padał deszcz. No ja i to moje szczęście. Jak szłam do szpitala, to było słonecznie. Nawet kurtki nie wzięłam. W samym swetrze przybiegłam. Eh...Jakoś przeżyję. Ubrałam na głowę kaptur, ręce schowałam do kieszeni i ruszyłam do domu.
          I co ja mam teraz robić? Jedynie położyć się na łóżku i czekać aż mnie ktoś zabije. Moje życie nie ma sensu bez niego. Boże! Dlaczego to on teraz cierpi, a nie ja? On na to nie zasłużył. Zawsze mi pomagał, wspierał mnie był dla mnie oparciem. Kochał mnie tak, jak nikt inny. A teraz? Leży w śpiączce przypięty do jakiś kabli, cały posiniaczony i do tego w śpiączce. A to wszystko przeze mnie. Wiem, to moje użalanie się jest wkurzające, ale ja po prostu nie mogę żyć z tą myślą. Najchętniej, to bym się zabiła. Chociaż to nie był taki zły pomysł...
          Kiedy weszłam do domu, byłam całkowicie pewna czego chcę. Chcę zginąć. Zniknąć z tego pieprzonego świata, na którym wszyscy się ranią. Z tą myślą zeszłam do piwnicy. Zaczęłam po różnych pudłach szukać jakiegoś mocnego sznura. Gdy go znalazłam, stanęłam na jakimś stole i przywiązałam sznur do haka, który był na suficie. Zrobiłam jeszcze pętlę i gotowe. Chyba domyślacie się co chciałam zrobić...Tak! Chciałam się powiesić. Zniknąć z tego świata. Zbyt wiele ludzi przez mnie cierpi. Tata i Lie zginęli, bo zaczęłam nagrywać Bellę, a Just jest w śpiączkę, bo zamiast pół roku temu odejść od Dicka, to ja dalej ten nasz "związek" ciągnęłam, chodź wiedziałam, że miał sensu. Mogłam pójść też z tą próbą gwałtu na policję, albo nie zakochiwać się w Justinie. Wtedy Dick by go nie postrzelił, bo myślałby, że nie jest dla mnie nikim ważnym. A teraz? Mój tata i siostra nie żyją, a najważniejsza osoba w moim życiu jest w śpiączce i prawdopodobnie nigdy się nie wybudzi lub umrze. Nic, tylko się cieszyć!
         Stanęłam na stołku i wsadziłam głowę w pętlę. Głośno wciągnęłam powietrze. Jeden krok do przodu i wszystkie moje problemy zniknął. Zniknę z tego świata i wszystkim będzie lepiej beze mnie. Z kolei jeśli zrobię krok do tyłu, to powrócę do tego cholernego świata, w którym wszyscy cierpią. I teraz nasuwa się pytanie. Co mam zrobić?
         Westchnęłam głośno, zamknęłam oczy, przeżegnałam się i zrobiłam krok do przodu. Świat bezemnie będzie o wiele lepszy...

-----------------------------------------------------------

No wiem, że krótki. Przepraszam was za to. Praktycznie wgl. nie ma pomysłów.

Mówiłam wam, że jak skończę ten blog, to nowy zacznę, prawda? No to właśnie nie jestem taka pewna. Jak ja czytam inne blogi, to normalnie w deprechę wpadam. Inni piszą tak wspaniale! A ja i te moje wypociny to normalnie jakaś rzenada! Dlatego właśnie nie jest pewne w stu procentach czy zrobię next bloga i czy to przypadkiem nie jest mój ostatni :(

Liebster blog award

     No więc dostałam nominację do "liebster blog award" od blogu http://undercover-students.blogspot.com/. Bardzo za to dziękuję :)

Co to jest liebster blog award?
„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował”.

Odpowiedzi na pytania :


1. Skąd pomysł na taką nazwę bloga?
A : Właściwie, to sam przyszedł. Nie zwracałam na niego zbytniej uwagi.

2. Ideał faceta?
A : Miły, kochany, nie patrzący na mój okropny wygląd. Taki, który zaakceptuje mnie i mój charakter.

3. Jak brzmi twoje przezwisko?
A : Koleżanki mówią na mnie Asiok.

4. O czym myślisz przed zaśnięciem?
A : O rozdziale i sensie życia.

5. Jak spędzasz wolny czas?
A : Rysowanie, pisanie bloga, chodzenie do koleżanek.

6. Jakiej muzyki słuchasz? Ulubieni wykonawcy?
A : Właściwie, to prawie wszystkie gatunki. Oprócz metalu i disco polo. A wykonawcy? Lana del rey, Jason Derulo, Eminem, Kelly Clarkson i lubię piosenki Biebera, ale jego samego nienawidzę.

7. Kto jest twoim autorytetem i dlaczego?
A : Chyba mama, bo w końcu jest moją mamą.

8. Co denerwuje cię w ludziach?
A : Arogancja, przechwalanie się byle czym i kłamstwo. Oraz chamstwo.

9. Masz zwierzęta?
A : Miałam psa i kota.

10. Do czego masz słabość?
A : Sok jabłkowy.

11. Jaki smak najbardziej współgra z Twoim charakterem?
A : Chyba jabłkowy. Ogólnie, to raczej jestem spokojna i miła (słodki), ale czasami mam wybuchy (kwaśny).

Blogi, które nominuję :
1.http://milosc-od-pierwszego-wejrzenia-sf.blogspot.com/
2.nie-wszystko-jest-takie.blogspot.com
3.http://slodkiflirthistorie.blogspot.com/
4.fallen-teenager.blogspot.com
5.http://like-a-normal-teenager.blogspot.com/
6.http://ksiazki-to-lubie.blogspot.com/
7.http://nothingwouldbethesameagain.blogspot.com/
8.http://nieprzyjazny.blogspot.com/
9.http://lepsze-zycie-czeka-slodkiflirt.blogspot.com/
10.http://slodkiflirt-fallinlove.blogspot.com/
11.http://where-no-one-needs-reason.blogspot.com/

Pytania :
1.Czy lubisz siebie?
2.Kim chcesz być w przyszłości?
3.Ile czasu spędzasz przed komputerem?
4.Co cenisz w znajomych?
5.Wymień swoje zalety.
6.Ulubiony kolor?
7.Z kim najbardziej lubisz spędzać czas?
8.Na co najpierw zwracasz uwagę, kiedy poznajesz kogoś nowego?
9.W co jesteś teraz ubrana?
10.Wymień swoje największe marzenia.
11.Kochasz się w kimś? Jeśli tak, to dlaczego? (wygląd, charakter?)

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział XX It doesn’t make sense to live between people when nobody loves you .

         Boże! Jaki ten rozdział denny mi wyszedł! Normalnie szajs nad szajsami! Chyba najgorszy, jaki kiedykolwiek napisałam! I nie próbujcie mi się sprzeciwiać, bo to prawda!

---------------------------------------------------------------


          Nie mogłam uwierzyć w to, kogo zobaczyłam. Zamrugałam kilka razy, aby mieć pewność, czy to nie jakieś halucynacje. Bo przecież to było niemożliwe. Ta dziewczyna, wyglądała jak..ja! Nagle popatrzyła w moją stronę i była tak zaskoczona, jak ja. Zaczęłyśmy iść chodnikiem w swoją stronę, nie odrywając od siebie wzroku. Kiedy dzieliło nas zaledwie pół metra, zatrzymałyśmy się.
    - Dlaczego ty wyglądasz jak ja? - zapytałam.
    - Nie! To ty wyglądasz jak ja! - odrzekła. Dotknęłam lekko palcem nosa dziewczyny, aby mieć pewność, że ona jest prawdziwa. Ale zaraz! To by mogło wszystko wyjaśnić! Może Amber to właśnie jej zrobiła zdjęcie, jak całuje się z jakimś chłopakiem, a nie mi...
    - Kim ty jesteś? - jęknęłam. - I kim ja jestem...
    - Nie mam zielonego pojęcia - mruknęła. - Jestem Anabell...
    - Loree - przedstawiłam się. - Nigdy cię tu nie widziałam...
    - Bo przyjechałam tu tydzień temu - powiedziała. To by się zgadzało. Amber dała to zdjęcie Justinowi tydzień temu...Ale nie to powinno mnie teraz interesować. Powinnam się dowiedzieć, kim do jasnej cholery jest ONA! Zaraz, zaraz...Moja matka przecież wysłała ojcu ten list, w którym dowiedziałam się, że jestem adoptowana, ale nie przeczytałam go do końca. Może tak piszę, że ja...mam siostrę...
    - No a mogę wiedzieć, po co tu przyjechałaś?
    - Dowiedziałam się, że jestem adoptowana i że stąd pochodzą moi rodzice...
    - No właśnie ja też... - mruknęłam. - Jest pewna szansa, że jesteśmy siostrami, ale o tym nie wiemy...
    - A jak możemy się dowiedzieć?
    - Chodź do mnie. Po drodze ci wszystko wytłumaczę - rozkazałam. Anabell kiwnęła głową i ruszyłyśmy w stronę mojego domu.
          
***

    - Gdzie jest ten list... - burknęłam i dalej przeszukiwałam szuflady. Kiedy szłyśmy do mnie, opowiedziałam Anabell o liście, w którym może być wszystko napisane. Zgodziła się mi pomóc, bo sama nie wiedziała o co chodzi. 
    - Mam! - krzyknęła w pewnej chwili dziewczyna. Podbiegłam do niej i zaczęłyśmy czytać list. W końcu doszłyśmy do tego, co mogło zmienić nie tylko moje, ale i życie An.
    - Musisz też powiedzieć Loree o jednym - czytałam. - O tym, że ma siostrę. Ma ona na imię Anabell i mieszka teraz w Memphis. - przerwałam. Spojrzałam na Anabell. Na jej twarzy malował się szok. - Jesteś z Memphis? - zapytałam. Dziewczyna spojrzała na mnie i kiwnęła głową. - O kurwa! 
    - Jesteśmy siostrami?! - krzyknęła dziewczyna. - Dlaczego ja dowiaduje się o tym dopiero teraz? Właściwie, to dlaczego MY dowiadujemy się o tym dopiero po siedemnastu latach?
    - Nie wiem... - mruknęłam. - W każdym razie moja matka musi mi wszystko wytłumaczyć. - warknęłam. Wyjęłam z kieszeni telefon, wykręciłam numer mamy i przyłożyłam go do ucha.
    - Daj na głośnomówiący - odrzekła. Kiwnęłam głową i zrobiłam to, o co prosiła dziewczyna...Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci...Odebrała.

Mama : Halo?
Lor : Mamo? Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej, że mam siostrę?
Mama : Przeczytałaś list?
Lor : Właściwie, to przeczytałam go dopiero wtedy, kiedy spotkałam swój sobowtór na ulicy...
Mama : Spotkałaś ją?
Lor : Tak! Siedzi teraz obok mnie. No dlaczego mi nie powiedziałaś?
Mama : Bałam się, że będziesz próbowała ją odnaleźć...
Lor : I tylko dlatego tak długo ukrywałaś przede mną prawdę?
Mama : Ale Lor...

          Nie pozwoliłam jej dokończyć, ponieważ się rozłączyłam. Usiadłam na kanapie i schowałam twarz w dłonie. Głośno westchnęłam i nagle poczułam, że ktoś mnie przytula. Była to Anabell.
    - Mi też jest w to trudno uwierzyć... - mruknęła. 
    - Ty przyjechałaś tu z kimś? - zapytałam.
    - Z rodzicami.
    - A zamieszkacie tu? W sensie w tym mieście?
    - Raczej nie...A co?
    - Bo skoro mam siostrę, to nie chce żeby wyjeżdżała - powiedziałam i również przytuliłam dziewczynę. - Mam nadzieję, że zostaniesz - dodałam. I wtedy coś mi się przypomniało. - An, czy to ty tydzień temu całowałaś się w jakimś chłopakiem? Taki szatyn...
    - Skąd wiesz? - zapytała. No więc opowiedziałam jej o wszystkim i poprosiłam, aby poszła ze mną do Justa. Inaczej by nie uwierzył, prawda? An oczywiście się zgodziła.
    - Nawet nie wiesz, ile to dla znaczy. Dzięki, że chcesz mi pomóc.
    - W końcu jesteś moją siostrą, prawda? A rodzinie trzeba pomagać - oznajmiła i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Odwzajemniłam uśmiech. - Idziemy? - zapytała. Kiwnęłam głową. Wyszłyśmy z domu i skierowałyśmy się w stronę domu Justina.
          Pod dom szatyna doszłyśmy jakieś pół godziny później. Stanęłyśmy przed drzwiami, spojrzałyśmy na siebie i zadzwoniłam do drzwi. Dźwięk dzwonka rozproszył się po całym domu. Chwilkę później przed drzwiami stanął Justin. Gdy zobaczył mnie i moją siostrę, szczęka mu opadła i to dosłownie. Patrzył się raz na mnie, raz na moje klona. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Zupełnie tak, jak ja, kiedy zobaczyłam Anabell.
    - Dlaczego ja widzę podwójnie? Przecież nic nie piłem... - mruknął.
    - Przyszłam ci tylko powiedzieć, że nie mi Amber zrobiła zdjęcie, tylko mojej siostrze. O właśnie jej - wskazałam palcem na An.
    - Al...A...T..To ty... - jąkał się. - To ty masz siostrę?
    - Dowiedziałam się o tym jakąś godzinę temu. No więc? Możemy pogadać?
    - Jasne, wejdź - odrzekł i zrobił mi miejsce, żebym mogła przejść.
    - Wpadnij wieczorem do mnie, to pogadamy - powiedziałam do An i weszłam do środka. Ściągnęłam buty i kurtkę i poszliśmy do salonu. Usiadłam na kanapie obok Justa i zaczęłam mu wszystko opowiadać. Widać było, że jest tym trochę zaskoczony, ale mi nie przerywał. Kiedy wreszcie skończyłam moją "opowieść" szatyn oparł łokcie o kolana i schował twarz w dłonie. Wpatrywałam się w niego, póki nie podniósł głowy.
    - Jak ja mogłem być taki głupi i ci nie uwierzyć - warknął sam do siebie. - Przepraszam cię. Nawet nie wiesz jak mi głupio, ale byłem pod wpływem jakiegoś impulsu. Byłem po prostu wkurzony. Przepraszam i błagam...Wybacz mi... - odrzekł i popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem. Westchnęłam i lekko się uśmiechnęłam.
    - Tobie zawsze - odrzekłam. Chłopak uśmiechnął się szeroko i przytulił mnie do siebie.Nareszcie poczułam ogromną ulgę. Wiedziała już, że wszystko między nami jest wyjaśnione i że wreszcie będzie znowu razem. Przynajmniej miałam taką nadzieję...
    - Czyli można powiedzieć, że wszystko poszło w niepamięć i dalej jesteśmy razem? - zapytałam z nutą nadziei w głosie.
    - Tak, no chyba że myślisz, że jestem zwykłym dupkiem - odrzekł i spuścił głowę.
    - Nie twoja wina, że Amber robi wszystko, żeby zniszczyć mi życie - mruknęłam i pocałowałam chłopaka. On zaczął oddawać pocałunki, kiedy ktoś wbiegł do salonu.
    - Fuuu - zawołał. Spojrzałam w stronę głosu. Stał tam mały chłopiec, na oko miał dziesięć lat.
    - Kto to jest? - zapytałam Justa nie odrywając wzroku od dzieciaka.
    - Mój młodszy brat...
    - Masz drugiego brata, a ja dopiero teraz się dowiaduję? - jęknęłam.
    - Nie pytałaś - wzruszył ramionami. Popatrzyłam na niego wzrokiem typu "Are you fucking kidding me?" - Byan, chodź tu - rozkazał. Chłopiec posłuchał go, usiadł pomiędzy nami i uśmiechnął się do mnie.
    - Jestem Loree - przedstawiłam się.
    - A ja Byan. Ty jesteś dziewczyną mojego brata? - zapytał.
    - Tak - odrzekłam i uśmiechnęłam się do niego.
    - Chcesz coś zobaczyć? - szepnął mi cicho do ucha. Kiwnęłam głową. - Ale Justin musi wyjść z pokoju.
    - Mógłbyś przynieść mi coś do picia? - zapytałam szatyna. Just kiwnął głową i poszedł do kuchni. - No? Co chciałeś mi pokazać? - chłopiec wyjął zza poduszki na kanapie jakiś album. Zaczął go przeglądać, aż w końcu pokazał mi jakieś zdjęcie.
    - To jest Justin - powiedział i pokazał na nagiego chłopca, który biegał po trawie. Prawie wybuchłam śmiechem.
    - Ile miał wtedy lat? - zapytałam i zaczęłam cicho chichotać.
    - Chyba pięć - odrzekł. - Pokarze ci jeszcze jedno - oznajmił i wskazał palcem na drugie zdjęcie. Było na nim widać pięcioletniego Justina, który był oczywiście nagi, biegnącego w stronę aparatu. - Prawda, że miał małego? - zapytał. Tym razem nie wytrzymałam i wybuchłam nie pohamowanym śmiechem. Czego oni uczą tego dzieciaka..."Prawda, że miał małego?" Serio? Kto go takich zboczeństw uczy. Pewnie ma to po Dylanie. Eh...Co z tego dziecka wyrośnie.
    - Z czego się śmiejesz? - zapytał Justin, który właśnie wszedł do salonu. Byan pokazał mi palcem, abym nic mu nie mówiła o albumie.
    - A nic, nic. Twój brat mi kawał opowiedział - odrzekłam i usiadłam normalnie na kanapie. W oczach dzieciaka widać było ulgę. Just podał mi kubek i kazał Byan'owi iśc do swojego pokoju. Dzieciak powiedział mi tylko ciche "dzięki" i wyszedł z salonu.
    - To co robimy? - zapytał.
    - A co chcesz? - zapytałam i zbliżyłam się do chłopaka. Przygryzłam wargę i przejechałam mu palcem po klatce piersiowej.
    - Mój brat jest na górze - powiedział.
    - No racja - odrzekłam i odsunęłam się od szatyna. - Film? - zaproponowałam.
    - Dobra - mruknął i podszedł do szafki z filmami. - Kryminał, horror, science fiction, fantasy, romans...
    - Romans! - przerwałam mu.
    - Nie... - jęknął i popatrzył na mnie maślanymi oczami.
    - Romans - burknęłam.
    - Błagam, tylko nie romans - błagał. - Komedia lepsza...
    - No to puść "Seks w wielkim mieście 2". Komedia i romans w jednym - oznajmiłam. Justin burknął tylko coś pod nosem i włączył film. Usiadłam obok mnie, a ja oparłam głowę o jego ramię i oglądałam.

 ***

         Właśnie razem z Justinem jechaliśmy na motorze. Uparł się, że podwiezie mnie do domu, bo to niebezpieczne samej chodzić o tej porze do domu. Ta...była dwudziesta. Jeszcze nie było tak późno, ale pewnie chodziło mu o Dicka. Ogólnie, to miło, że się o mnie troszczy. Jeszcze nikomu nie zależało na mnie tak, jak Justowi. Dopóki nie złapią Dicka, to pewnie w ogóle zakaże mi wychodzić z domu.
         Kiedy dojechaliśmy pod mój dom, pożegnałam się z szatynem i weszłam do środka. Ściągnęłam buty, kurtkę o weszłam do salonu. Na kanapie siedział Daniel i rozmawiał z Anabell. 
    - No hej - powiedziałam. Dan zerwał się z kanapy i patrzył raz na mnie, raz na An z przerażeniem. - No nie mów, że myślałeś, że ona to ja - powiedziałam oburzona.
    - Skoro ty to ty, to kim jest ona? - zapytał i wskazał na moją bliźniaczkę.
    - Nie powiedziałaś mu? - zwróciłam się do mojego klona.
    - Tłumaczyłam, ale on się uparł, że ja to ty i że próbuje go nabrać.
    - Lor, dlaczego nie powiedziałaś, że masz siostrę?! - zawołał zirytowany Daniel.
    - Bo dowiedziałam się o tym kilka godzin temu - oznajmiłam, usiadłam obok Anabell i zaczęłyśmy rozmawiać.

***

          Obudziły mnie dźwięk mojego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Numer zastrzeżony. A która godzina? Spojrzałam na zegar nad drzwiami do mojego pokoju. Trzynasta trzy. Ah, jakie to wspaniałe uczycie, kiedy nie trzeba iść do szkoły, bo cała szkoła śmierdzi. Powód? Ktoś wpuścił do niej cztery skunkse, a co działo się dalej, to chyba wiadomo. 
          Wzięłam do reki telefon i odebrałam.

Lor : Halo?
tel : Witaj Loree...
Lor : Dick? Po co dzwonisz?
Dick : Masz przyjść do opuszczonej chatki w lesie, obok twojego domu. Wiesz, który to...
Lor : Nigdy. Nie jestem, aż taka głupia.
Dick : A jeśli powiem, że mam kogoś, na kim ci zależy?
Lor : O czym ty mówisz?
tel : Lor, nie słuchaj go. Nie idź tam. On cię zabiję!
Lor : Justin?
Dick : Teraz chyba wiesz, o kogo mi chodzi...
Lor : Ty świnio!
Dick : Nie pozwalaj sobie kotku...
Lor : Eh...Jeśli tam przyjdę, to wypuścicie go?
Dick : Oczywiście, że tam...
Lor : Dobra, kiedy mam przyjść?
Dick : Dzisiaj, punkt siedemnasta. Nie spóźnij się.
Lor : Nie mam zamiaru...

-----------------------------------------------------

No to teraz oceńcie ten rozdział od 1 do 100.

A, i jeszcze jedno. Ten blog będzie mieć jeszcze jakieś dziesięć rozdziałów. Myślę, że nie więcej. Ale jak coś, to zacznę pisać kolejne opowiadanie :)

Pozdrawiam 

I jeszcze jedno : Dopóki Naćpana Żelkami, nie doda swojej fotki, którą miała dodać już tydzień temu, to ja nie dodaję rozdziałów. Jest to postanowione.

czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział XIX You can never plan the future by the past.

          Nie mogłam uwierzyć w to, co było napisane w tym liście. To był dla mnie ogromny szok. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego może spotkać akurat mnie. I to jeszcze w chwili, kiedy mam najwięcej problemów. Treść listu brzmiała : "Robert, wiem, że dla Loree może to być ogromny szok, ale musisz jej wszystko powiedzieć. Ona musi wiedzieć o tym, że jest adoptowana i że Daniel i Lie to nie jest jej prawdziwe rodzeństwo..."
         Usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłonie i zaczęłam cicho szlochać. Więcej nie musiałam czytać. To mi w zupełności wystarczyło. Nie musiałam wiedzieć nic więcej. Teraz przynajmniej wiem, co znaczyły słowa mojej matki jakiś rok temu.
         Kiedy jeszcze mieszkałam z matką, pewnego wieczoru poszłam z Dickiem na nielegalne wyścigi. Na początku było normalnie, aż w końcu ktoś nakablował glinom. Normalnie to bym zwiała, ale kurde kto ucieknie na piętnasto-centymetrowych szpilkach. No więc złapali mnie i kilka innych osób. Później zawieźli mnie do mojej matki i wszystko jej opowiedzieli o tych wyścigach. Matka zaczęła na mnie krzyczeć, mówić, że jest ze mną coraz więcej problemów i powiedziała, że nie jestem jej córką. Wtedy myślałam, że mówi tak w nerwach, ale teraz...Teraz wiem, co znaczyły te słowa.
          Nagle do pomieszczenia ktoś wszedł. Domyśliłam się, że był to Daniel. Uklęknął naprzeciw mnie i podniósł mój podbródek. Chciał się odezwać, ale mu przerwałam.
    - Dlaczego mi nie powiedziałeś?! - krzyknęłam cała we łzach. - Dlaczego, kurwa, nie powiedziałeś mi, że jestem adoptowana?!
    - Dowiedziałem się o tym cztery lata temu. Chciałem ci powiedzieć, ale matka powiedziała, że przyjdzie czas, kiedy ci to powiemy i zabroniła mi ci mówić - odrzekł spokojnie. - Między innymi to był powód naszej kłótni.
    - To co w takim razie stało się z moimi rodzicami? - zapytałam.
    - Twoja matka urodziła cię w wieku piętnastu lat. Musiała cię oddać. Nie miała wyjścia. Ani ona, ani jej chłopak nie byli z zamożnych rodzin. - powiedział. - Odwiedzali cię, póki twoja matka nie zginęła w wypadku. To było mniej więcej pięć lat po twoim urodzeniu. Wtedy twój ojciec wyjechał gdzieś i nie wiadomo teraz gdzie jest.
    - Nie mogę w to uwierzyć. Myślałam - przerwałam. - Myślałam, że jesteście moją prawdziwą rodziną - schowałam twarz w dłonie. - Czy jest jeszcze coś, czego nie wiem? Bo za niedługo dowiem się, że pochodzę z związku kazirodczego, w którym moim ojcem jest hipopotam, a matką kosmitka, a ja sama jestem chłopakiem, ale rodzice zmienili mi płeć, ponieważ chcieli mieć syna - burknęłam.
    - Oj już nie przesadzaj - oznajmił i uśmiechnął się lekko. - Nie, wiesz już wszystko. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, więc idź już spać. Trzeba iść spać, żeby rano wstać.
    - Ok - mruknęłam. - Tylko się napiję, bo mnie suszy.
    - Ale od alkoholu masz mi się trzymać z dala - pogroził mi palcem.
    - Nie martw się. napiję się soku - odrzekłam i ruszyłam do kuchni. Wyjęłam z lodówki sok i napiłam się go. Ble, znowu jarzębinka. Kto takie gówna kupuje? Bo na pewno nie ja. - Dan, nie kupuj więcej soków jarzębinowych! - krzyknęłam.
    - Dlaczego?
    - Bo okropny jest - jęknęłam. - Przez ciebie i ten sok jeszcze bardziej mnie suszy.
    - Lor, wiem o czym myślisz. Nawet nie próbuj ruszać mojego piwa - warknął. - Mleka się napij.
    - A wypchaj się tym mlekiem - burknęłam. - Mam z nim zbyt duże skojarzenia.
    - Taka młoda, a już tak zboczona - westchnął Daniel i pokręcił głową z dezaprobatą.
    - No sorki, ale po kimś to mam, tak? Skoro moja prawdziwa matka zaszła w ciąże w wieku piętnastu lat, to...
    - Skończ temat i idź spać. - powiedział. - Do łóżka, już! - rozkazał ciemnowłosy i pokazał palcem na schody. Westchnęłam i ruszyłam w stronę swojego pokoju. - Dobranoc.
    - Branoc - powiedziałam i wróciłam do pokoju. Wzięłam prysznic, ubrałam się w piżamę i położyłam się spać. Właściwie to w ogóle nie spałam. Cały czas myślałam o tym, czego dowiedziałam się praktycznie przed chwilką. W życiu bym nie pomyślała, że jestem adoptowana. Dużo osób mówiło, że jestem bardzo podobna do taty. Właściwie, to nawet była prawda. W życiu nawet nie myślałam o tym, że ci ludzie, którzy mnie wychowali, nie są moimi biologicznymi rodzicami. Z taką myślą zasnęłam.

***

          Obudził mnie okropnie głośny huk. Szybko uniosłam się do pozycji siedzącej i popatrzyłam się w okno. Grube krople deszczu uderzały o szybę, a jasne błyskawice przecinały niebo. O nie! Tylko nie burza! Nie ma mowy, żebym szła do szkoły. Spojrzałam na zegar. Wskazywał on godzinę siódmą sześć. Dzisiaj mam na ósmą pięćdziesiąt. Boże, ile ja jeszcze mam czasu. Co ja będę robić godzinę? Bo na pewno już nie zasnę. Nie ma mowy. Dobra, wstanę. Przynajmniej będę miała czas, żeby przemyśleć to wszystko, czego się wczoraj dowiedziałam, bo to jednak był dla mnie ogromny szok. Tylko nie rozumiem, dlaczego jak Daniel chciał mi powiedzieć, to matka się nie zgodziła. Miałam trzynaście lat, zniosłabym to. Nie szukałabym swojego ojca i nawet teraz nie mam zamiaru. Zwiał jak umarła mama. Rozumiem, że się załamał, ale miał córkę, prawda? Mógł przynajmniej o mnie pomyśleć. Bo w końcu chyba wiedział, że kiedyś będę chciała poznać mojego biologicznego ojca.
          Leżałam tak i rozmyślałam o wszystkim chyba z pół godziny. Kiedy wreszcie wybiła godzina siódma czterdzieści sześć, postanowiłam, że wreszcie się ogarnę i ubiorę. Podeszłam więc do szafy i wyjęłam z niej ciemno-szarą spódnicę sięgającą połowy ud, białą koszulkę w szare paski, czarną ramoneskę i koturny tego samego koloru. Z tym wszystkim poszłam do łazienki. Wzięłam prysznic, ubrałam się i uczesałam. Włosy zostawiłam rozpuszczone, a grzywkę ułożyłam i stanęłam przed lustrem. Zrobiłam jeszcze makijaż i przyglądnęłam się swojemu odbiciu. No, nie wyglądałam tak źle. Wręcz przeciwnie. Efekt mnie w pełni zadowalał.
          Wyszłam z łazienki i skierowałam się do pokoju, aby jeszcze spakować książki. Gdy byłam już gotowa, zeszłam na dół na śniadanie. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść tosty, które leżały na talerzu.
    - Co ty się tak wystroiłaś? - zapytał Dan.
    - Jakoś tak mnie naszło - powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Gdy zjadłam już śniadanie, usiadłam na kanapie i zaczęłam oglądać pierwszy lepszy film. Tym razem nie było ekstremalnego rankingu zwierząt. Chociaż może to i dobrze?
           Siedziałam i oglądałam filmy jakieś dziesięć minut, aż postanowiłam wyjść do szkoły. Ubrałam więc kurtkę, czapkę i wyszłam z domu.
          Szłam jakieś dwadzieścia minut. Weszłam do szkoły i schowałam rzeczy do szafki. Na końcu korytarza zobaczyłam Justina. Szybko podbiegłam do niego z wielkim uśmiechem.
    - Hej - powiedziałam i chciałam go pocałować, ale mnie odepchnął.
    - Co to jest?! - krzyknął i podał mi jakaś kartkę. Spojrzałam na wkurzonego Justa, a potem na kartkę. Widać było na niej mnie, jak całuję się z jakimś gościem.
    - Ale...To jakiś fotomontarz. Ja nawet nie znam tego faceta - jęknęłam.
    - Czyli, że całujesz się z nieznajomymi facetami? - zapytał poirytowany.
    - Ale...
    - Nie próbuj się tłumaczyć. Te zdjęcia mówią same za siebie...Z nami koniec - warknął i odszedł. Poczułam, że w moich oczach zbierają się łzy. Nie rozumiałam o co chodzi. To nie ja byłam na tym zdjęciu. Zauważyłam, że przy drzwiach stoi Amber i uśmiecha się szyderczo. Wytarłam łzę, która słynęła mi po policzku i pobiegłam w jej stronę.
    - Ty dziwko! - krzyknęłam i dałam jej z pięści w twarz, aż blondynka upadła. Kiedy chciałam ją kopnąć, ktoś mnie od niej odciągnął. Kątem oka zobaczyłam, że był to Kastiel. - Zostaw mnie! Ta szmata musi dostać to, na co zasłużyła!
    - Loree, spokojnie. Nie warto... - odrzekł spokojnie.
    - Warto! Poszła do jakiegoś fotoshopu, a teraz chce mi życie zniszczyć!
    - Najpierw się obściskujesz na ulicy z jakimś facetem, a teraz mnie za to obwiniasz? Ja ci kazałam się puszczać na prawo i lewo? - zapytała Amber i podniosła się z ziemi.
    - Puszczanie się, to akurat twoja specjalność - warknęłam. - Nie rozumiem, dlaczego tobie tak bardzi zależy na zniszczeniu mi życia! Zrobiłam ci coś? Zabiłam ci matkę? Odebrałam chłopaka? - pytałam cała we łzach i wyrwałam się z uścisku czerwonowłosego. Patrzyłam jeszcze chwilę na nią i pobiegłam do toalety. Zamknęłam się w jeden z kabin, usiadłam na ziemi i schowałam twarz w dłonie. Dosłownie wszystko mi się wali. Miałam kochane ojca i siostrę, a tu nagle jakaś dziwka ich zabija, a ja dowiaduję się, że jestem adoptowana. Potem pewna szmata, zwana również Amber, niszczy mój związek ze wspaniałym chłopakiem. No nic, tylko się cieszyć.
         Nagle usłyszałam pukanie do drzwi kabiny i usłyszałam wołanie. Poznałam ten głos. Był to głos Rozalii.
    - Lor, wiem, że tam jesteś. Proszę, otwórz - prosiła. Wstałam powoli i otworzyłam drzwi. Stała w nich białowłosa. Gdy mnie zobaczyła, całą zapłakaną, przytuliła mnie do siebie.
    - Przysięgam, że na-nawet nie znam tego fa-faceta - szlochałam.
    - Wierzę ci. Ty nie jesteś taka. Tylko, że to nie wyglądało na fotomontarz - oznajmiła i mnie puściła. Usiadłam na desce klozetowej i schowałam twarz w dłonie.
    - Przecież wiem...Będę musiała udowodnić Justinowi, że ja go kocham i w życiu nie zrobiłabym czegoś takiego - mruknęłam.
    - Jeśli to coś da, to mogę ci pomóc - powiedziała białowłosa i uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech.
    - Dzięki - mruknęłam. - W życiu nie mogłam polegać na kimś tak, jak na tobie - oznajmiłam, gdy nagle zadzwonił dzwonek.
    - Chodź, idziemy na lekcje - rozkazała Roza.
    - Nie chce - burknęłam. - Chyba, że chcesz, aby klasa stałą się miejscem zbrodni, a mianowicie zabójstwa Amber i gwałtu Justina - warknęłam. Rozalia zaczęła się śmiać.
    - Ty jak coś powiesz - kiwnęła głową z dezaprobatą. - Gwałt na Juscie? Serio?
    - No dobra, przesadziłam - mruknęłam. - Ale jakbym zaszła w ciąże, to by alimenty płacił.
    - Ech...Chodź. Najwyżej Amber zabijesz. Trudno. Nikt nie będzie za nią płakał - wzruszyła ramionami. - Nie martw się. Będę ci paczki do więzienia nosić i pilnować, żeby żadna laska się koło Justina nie kręciła.
    - Ty chcesz, żebym do paki poszła? - jęknęłam.- Zaraz się obrażę.
    - Oj już przestań - odrzekła Rozalia i pociągnęła mnie za rękę. Weszłyśmy do klasy i przeprosiłyśmy za spóźnienie. Usiadłyśmy w ostatniej ławce od okna.
          Całą lekcję wpatrywałam się w Justina, a on nawet na mnie nie spojrzał. Cały czas gadał z jakąś dziewczyną, z którą siedział i razem się śmiali. To bolało...To na prawdę bolało. Ja go kochałam, a on? Z jakąś inną babką się zabawiał, a na mnie żadnej uwagi nie zwrócił. Czułam, jakby miliony igieł przebijało mi serce. Po prostu miałam ochotę wybiec z klasy, wejść na dach i płakać bez końca. Nie miałam siły. Miałam za dużo problemów. Normalnie miałabym wsparcie osoby, którą kocham ponad życie, czyli Justina, ale Amber musiała zniszczyć wszystko. Dosłownie. On już więcej się do mnie nie odezwie. Rozalia mówiła, że mi pomorze w uzyskaniu dowodu, że to nie ja jestem na tym zdjęciu, ale czy taki w ogóle istnieje?
    - Lor, co się dzieje? - zapytała cicho Rozalia.
    - Wszystko w moim życiu się sypie. Ja po prostu nie mam siły. Nie dam rady... - jęknęłam, a po policzku spłynęła mi łza.
    - Nie możesz tak mówić, rozumiesz? Nie możesz - warknęła i szarpnęła mnie za ramię. - Weź się w garść. Przecież nie możesz kończyć ze sobą z powodu jakiejś pierdolonej blondynki. Musisz pokazać, że jesteś silna.
    - Ale ja nie mogę...
    - Nie mogę, to ja patrzeć, jak ty siedzisz ze spuszczoną głową i patrzysz się na Justa. Musisz udowodnić, że to jakiś fotomontarz. Przecież nie możesz teraz odpuścić.
    - Sama nie wiem...
    - Ale ja wiem. Po pierwsze, to trzeba zemścić się na tej suce, a po drugie znaleźć dowód twojej niewinności - oznajmiła. - I szczerze mówiąc, to chociaż Amber nie mi odebrała, to mam taką ochotę jej przywalić z pełnego obrotu, że normalnie mnie od środka rozsadza.
    - Eh...Za dużo Chucka Norrisa się naoglądałaś... - mruknęłam.
    - Oj dobra, dobra...

***

         Właśnie szłam na boisko w celu zaczęcia treningu. Szczerze mówiąc, to nie spieszyłam się zbytnio. Tak, czy tak, i tak zobaczę Justa, przez co załamię się jeszcze bardziej. Eh...I jak tu w depresję nie wpaść? No jak?
         Przekroczyłam bramę boiska. Niepewnym krokiem weszłam do szatni. Nie było w niej nikogo, ale oczywiście prócz Justina, bo kogo innego mógł los wybrać? W każdym razie starałam się na niego nie patrzeć i oczywiście nie miałam zamiaru mu nic tłumaczyć. I tak by przecież nie uwierzył, bo on wierzy tym jebanym zdjęciom. Nie zwracając uwagi na szatyna, weszłam do toalety i przebrałam się. Później wyszłam, włożyłam swoje ciuchy do szafki i poszłam na boisko.

***

         Minął już tydzień, odkąd Justin dostał te zdjęcia. Mecz, który odbył się w czwartek oczywiście wygraliśmy. Nie mogło być inaczej. I nikt nie zorientował się, że jestem dziewczyną. Nawet chłopcy z drużyny myśleli, że jestem chłopakiem, póki nie powiedziałam Patrickowi, że jak go kopnę, to na pewno mnie pozna. Wtedy od razu wiedzieli, kim jestem. Tylko ja tak wygrażałam się na Patricku.
         No i Just...Do tej pory mi nie wierzy. Na każdym treningu któryś z chłopaków popychał mnie tak, abym wpadła na Justa, bo myśleli, że to coś pomorze, ale to było niemożliwe. On był tak przekonany, że to zdjęcie to była prawda, że nic go nie ruszało. Po prostu go nie poznawałam...
        Właśnie wracałam z wtorkowego treningu do domu. Ręce miałam schowane w kieszeniach, a głowę spuszczoną w dół. Nagle usłyszałam czyjś głos. Niby nic nadzwyczajnego. Wszyscy ludzie rozmawiają. Ale coś kazało mi spojrzeć w tamtym kierunku. Uniosłam leniwie głowę i spojrzałam w tamtą stronę. Zamarłam...To było wręcz niemożliwe. Czułam się jak w jakimś filmie sensacyjnym. Nie mogłam uwierzyć w to, kogo zobaczyłam...

-------------------------------------------------

Ale o tym, kogo zobaczyła Lor w następnej części. Oczywiście ten, kto zgadnie, dostanie nagrodę. Od razu mówię, że jest to osoba płci żeńskiej. Nie wiem czy zgadniecie, bo to jest trudne, ale skoro kilka osób zgadło o tej adopcji, to o tej osóbce też może zgadnąć xD

A teraz stylówka w tym dniu, w którym Amber dała to zdjęcie Justowi :
















I też sorki, że next dopiero teraz, ale problemy z netem miałam.
A co do next, to jutro robimy po lekcjach z koleżankami projekt na historię, więc około niedzieli, a najpóźniej środy, bo w poniedziałek muszę dokończyć zadanko z histy, a we wtorek mamy dyskotekę 3,5 godziny, więc zgaduję, że będę padnięta xD

No i standardowe pytanie : Podobało się?

A co do bloga "After waking", to raczej nie będę go kontynuowała. Jakoś pomysłów nie mam. Stworzę nowego, jak skończę ten. Znaczy tak na 99%...


Blog

          No więc jest powiedzenie "Kobieta zmienną jest" i tutaj ono się sprawdza. No więc postanowiłam usunąć bloga "After waking". Myślałam, że poradzę sobie w prowadzeniu dwóch blogów, ale jednak myliłam się. Jest to jak dla mnie trudne. Dlatego też, wątpię, czy moją decyzję zmienię. Tamtego bloga nie będę też kontynuować.
         Jak na razie będę prowadziła tylko ten blog. I jak coś, to next powinien pojawić się około soboty.

środa, 29 stycznia 2014

Rozdział XVIII If I were a painting...My price would be pain...

          Poczułam, jak ciepłe promienie drażnią moje oczy. Eh...znowu ten pieprzony poranek i jebana szkoła. Najgorsze oczywiście jest to, że będę musiała się wrócić do domu, żeby się przebrać i wziąć jakieś książki.
          Leniwie otworzyłam swoje oczy. Znajdowałam się w pokoju szatyna, a on spał przytulony do mnie. Powoli zdjęłam jego rękę z mojej talii, podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na niego. Ouuu...jak on słodko wygląda jak śpi. Położyłam dłoń na jego policzku i lekko go pocałowałam. Następnie wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się w wczorajsze ciuchy i wyszłam z łazienki. Justin jeszcze spał i mruczał coś pod nosem.
    - Nie...ja chce jaaajkaaaa... - mruczał. Przygryzłam dolną wargę, aby nie zacząć się śmiać. Wyglądało to komicznie. Wyjęłam telefon i zaczęłam go nagrywać. - Kocham jaaaaaajka... - Teraz nie wytrzymałam. Wybuchłam niepohamowanym śmiechem. Padłam na łóżku i zaczęłam się śmiać w poduszkę, aż obudziłam Justa. - Z czego się tak śmiejesz? - zapytał zaspanym głosem.
    - Z ciebie - powiedziałam i pokazałam szatynowi nagranie. Gdy je oglądnął, uśmiechnął się sam do siebie.
    - Kiedy ty to nagrałaś? - zapytał i uśmiechnął się.
    - Przed chwilką - odrzekłam i przytuliłam się do chłopaka. - Eh...i jak cię nie kochać - oznajmiłam i pocałowałam go. - Idę ci zrobić jajecznicę, jak tak wielką masz na nią ochotę.
    - Kocham cię - powiedział i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech i zeszłam na dół. Zaczęłam chodzić po całej kuchni i szukać wszystkich potrzebnych składników. Gdy wszystko już miałam przygotowane, wzięłam się ja przygotowywanie jajecznicy. Kiedy była już prawie gotowa, na dół zszedł Justin. Był przebrany, ale na głowie miał wielką szopę. Usiadł przy stole i złapał się na głowę.
    - Co ci jest? - zapytałam.
    - Głowa mnie trochę boli - burknął. - Ale nic mi nie będzie - uśmiechnął się. Położyłam mu przed nosem talerz z śniadaniem i zaczęłam jeść swoją porcję.
    - Będę musiała wstąpić do domu po jakieś rzeczy - mruknęłam.
    - Pójdę z tobą - zaproponował.
    - Nie trzeba. Jeszcze ciebie zacznie posądzać, że niby mi dziecko zrobiłeś - warknęłam. W tej właśnie chwili skończyłam śniadanie. - Dzięki, że mnie przenocowałeś.
    - No przecież nie zostawiłbym cię na ulicy, co nie?
    - No nie wiem - mruknęłam. Just spiorunował mnie wzrokiem. - Noe przecież żartowałam - odrzekłam z uśmiechem i umyłam swój talerz. - Ja będę się zbierać spotkamy się w szkole...
    - Na pewno nie chcesz, żebym szedł z tobą? - zapytał.
    - Na pewno. Hej - powiedziałam, ubrałam kurtkę i wyszłam z domu.
          Pod mój dom doszłam jakieś pół godzinki później. Stanęłam przed drzwiami, westchnęłam i przekręciłam klucz w zamku. Weszłam do domu i kurtkę odwiesiłam na swoje miejsce. Kiedy kierowałam się do pokoju, drogę zagrodził mi Daniel.
    - Loree? Gdzie ty byłaś martwiłem się... - oznajmił i próbował mnie przytulił, ale się odsunęłam.
    - Nie dotykaj mnie - syknęłam. Dan westchnął.
    - Lor, przepraszam cię i to bardzo. Nie powinienem był tak zareagować, tylko ci uwierzyć. Wiem, że w takiej sprawie na pewno byś mnie nie okłamała. Na prawdę żałuje...Nie mogłem spać całą noc, bo martwiłem się o ciebie - odrzekł i popatrzył na mnie. - Wybacz mi...
           Nie wiedziałam jak zareagować. Z jednej strony uderzył mnie i nie uwierzył mi, chodź mówiłam prawdę, ale z drugiej...to mój brat. Widać, że jest mu z tym ciężko.
    - Wybaczam ci - odrzekłam i przytuliłam się ciemnowłosego. Po chwili odwzajemnił uścisk. - Ale nadal nie rozumiem skąd on się tam wziął...
    - Ja też nie i wolę nie wiedzieć - mruknął.
    - Idę się przebrać - powiedziałam i puściłam Daniela. Weszłam do pokoju i wyjęłam z szafy pomarańczową koszulkę, jeansowe rurki i czarne koturny. Rozczesałam włosy, ułożyłam grzywkę i zeszłam do kuchni.
    - Podwieziesz mnie do szkoły? - zapytałam Dana.
    - Jasne. Idź do samochodu. Zaraz do ciebie przyjdę - rozkazał. Ubrałam więc kurtkę i poszłam do samochodu. Usiadłam na miejscu pasażera obok kierowcy i wtedy przyszedł do mnie sms.

Od : Justin
I jak tam? Co z bratem?
Przeprosił mnie, więc mu wybaczyłam. Wiedziałam, że żałuje tego co zrobił...
No to dobrze :) Widzimy się w budzie
Oks :P

          Telefon włożyłam do kieszeni i dalej czekałam na brata. Przyszedł po jakiejś minucie. Usiadł za kierownicą i ruszyliśmy. Jechaliśmy kilkanaście minut. Gdy znaleźliśmy się pod szkołą, pożegnałam się z Danielem i weszłam do budynku. Nagle podbiegła do mnie Violetta.
    - Lor, jak się czujesz? - zapytała. Pewnie chodzi jej o tą sprawę z Dickiem.
    - Dobrze, dzięki że pytasz - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niej. - Widziałaś może Justina?
    - Chyba widziałam go na boisku - odrzekła. A gdzie by indziej...
    - Dzięki - powiedziałam i ruszyłam z stronę boiska. Szatyn ćwiczył strzały do bramki. Podeszłam do niego.
    - Hej. Na mecz ćwiczysz? - zapytałam.
    - Ta...a co z tobą? Załatwiłaś tą perukę?
    - Nie, ale nie martw się - uśmiechnęłam się szeroko. - Załatwię to wszystko w środę. Nie mamy wtedy treningu, więc...
    - No właśnie mamy. Musimy się wziąć do roboty. Trening będzie dziś, jutro i w środę. No i dzisiaj wraca trener w urlopu - odrzekł chłopak.
    - Dzisiaj? A wy mówiliście mu o...mnie? - zapytałam i przełknęłam ślinę. Bałam się, że ich trener nie zgodzi się na przyjęcie mnie do drużyny. Niby już w niej byłam, ale to wszystko nie zależało do chłopaków.
    - Jasne, ale jeśli chcesz na sto procent byś w drużynie i grać na meczu w czwartek, to musisz mu pokazać na co cię stać. Oczywiście jak coś, to będziemy po twojej stronie, ale myślę, że cię przyjmie - odrzekł szatyn i uśmiechnął się do mnie. Spuściłam głowę. - No już, nie stresuj się tak. Jestem pewny, że sobie poradzisz - powiedział, oplótł swoje ręce wokół mojej talii i namiętnie mnie pocałował. Ja owinęłam swoje dłonie wokół jego i szyi i oddawałam pocałunki. Nasze języki się połączyły.
    - A co to za romanse? - usłyszałam głos. Oderwaliśmy się od siebie i spojrzeliśmy za mnie. Stał tak jakiś mężczyzna. Uśmiechał się szeroko.
    - To jest właśnie trener - szepnął do mnie Just.
    - To to jest ta wasza Loreena? - zapytał ciemnowłosy mężczyzna.
    - Tak. Loreena Ryen - przedstawiłam się i podałam mu rękę.
    - Eric Weiss, trener - odrzekł i uśmiechnął się do mnie. - Po lekcjach pokarzesz mi na co się stać i omówimy sprawy związane z meczem. Wiesz, że ciebie, jako dziewczynę, nie dopuszczą do gry? - zapytał.
    - Tak, ale to da się załatwić - uśmiechnęłam się szeroko.
    - Justin mi już wszystko powiedział o twojej "zamianie w chłopaka"... i muszę przyznać, że podoba mi się ten plan.
    - Cieszę się.
    - No, a teraz idźcie do szkoły. Za chwilkę będzie dzwonek - rozkazał trener. Pożegnaliśmy się z nim i pognaliśmy w stronę naszej męczarni, zwanej potocznie szkołą. Do klasy A weszliśmy równo z dzwonkiem. Zajęliśmy miejsca w ostatniej ławce środkowego rzędu i zaczęliśmy rozmawiać.
    - Widzisz? Nie było się czym denerwować - oznajmił szatyn i uśmiechnął się do mnie.
    - No wiem, ale skąd miałam wiedzieć, że ten wasz trener jest taki miły. No przynajmniej taki się wydaje...
    - Jak na trenera, to to jest miły facet - odrzekł.
    - Może masz racje, ale on jeszcze mnie nie przyjął, prawda? Po za tym do tego dochodzi stres tym meczem...
    - Za dużo o tym myślisz. Pomyślałabyś na przykład...o mnie? - powiedział i uśmiechnął się szyderczo.
    - Ależ ja cały czas o tobie myślę - oznajmiłam i położyłam dłoń na policzku szatyna. Ten uśmiechnął się do mnie pociągająco i pocałował mnie. - Dobra, koniec tych amorków, bo nauczyciel zobaczy - odrzekłam i spuściłam dłoń na ławkę.
    - Melgen - powiedział nauczyciel.
    - Żyję! - krzyknął Justin.
    - To do tablicy i zadanie rozwiązuj - rozkazał facet. Just westchnął i wywlekł się z ławki. Jak najszybciej zrobił zadanie i zadowolony wrócił do ławki.
          Reszta tej i sześciu następnych lekcji minęła normalnie, czyli na gadaniu z Rozalią lub Iris i śmianiu się z matematyczki. Kiedy moja udręka wreszcie się skończyła, poszłam prosto na boisko. Weszłam do szatni. Nikogo jeszcze w niej było. Wzięłam więc swoje rzeczy i poszłam do toalety. Przebrałam się i wróciłam do szatni. Tym razem chłopcy już byli, a ich ubrania jak zwykle zostały porozrzucane dosłownie wszędzie. Oczywiście Nick jak zwykle szukał swoich spodenek. Starałam się na nich nie zwracać uwagi. Włożyłam ubrania do szafki, związałam włosy i poszłam na boisko. Usiadłam sobie na trybunach i czekałam, aż wszyscy będą już gotowi. Poczekałam tak chyba z dziesięć minut, bo Patrick i Max pokłócili się o jakieś gówna.
 
***

          Wreszcie było po treningu. Całe szczęście udało mi się i trener przyjął mnie do drużyny raz na zawsze. Teraz szłam ulicą razem z chłopakami. Wymyślili sobie, że muszą uczcić moje przyjęcie do drużyny i zabierają mnie do kawiarni. Próbowałam się sprzeciwiać, ale z maślanymi oczami dziesiątki chłopaków nikt nie wygra. Gdy doszliśmy wreszcie do kawiarni, zajęliśmy jakiś stolik. Jakoś się pomieściliśmy. Widziałam, że większość dziewczyn patrzyła z zainteresowaniem na chłopaków, a na mnie z zazdrością. A pierdolcie się! Moi chłopcy! Won od nich!
    - Przez was czuję się osaczona - mruknęłam, kiedy zostały przyniesione nasze zamówienia.
    - Dlafego? - zapytał Luke z pełną buzią.
    - A jak myślisz? - warknęłam na chłopaka i popatrzyłam na niego groźnym wzrokiem.
    - No czym się przejmujesz. Laski popatrzą trochę na ciebie i się odczepią - oznajmił i wzruszył ramionami.
    - Łatwo ci mówić - mruknęłam. - To nie na ciebie patrzy stado dziewczyn, jakby chciały cię zabić.
    - Oj przestań, przestań. Jak coś, to cię obronię - zaśmiał się Just.
    - Ha ha ha, bardzo śmieszne - burknęłam.
    - Ojjj....Nasza kochana Loree jest zła? - zapytał Dylan i zwinął usta w podkówkę.
    - Wiesz jak możesz mi humor poprawić? - zapytałam. - Daj mi te swoje por... - nie dokończyłam, bo Justin zatkał mi usta. Pewnie wiedział, że mam na myśli pornole. - Wiesz, jednak poprawiłeś mi humor - oznajmił i wyszczerzyłam się do niego. Dyl spiorunował mnie wzrokiem. - No co? Kto ci kazał trzymać w pokoju te twoje "skarby"?
    - O czym wy gadacie? - zapytał zaciekawiony Max.
    - Wolałbyś nie wiedzieć - powiedział rozśmieszony Justin.
          Siedzieliśmy w tej kawiarni mniej więcej do godziny osiemnastej. Później chłopcy odprowadzili mnie do mu. Pożegnałam się z nimi i weszłam do domu.
    - Jestem - krzyknęłam wgłąb domu.
    - Dobra - powiedział głos w salonie, a dokładniej to był głos mojego brata. Poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kolację. Były to tosty z dżemem. Szybko je pochłonęłam, zrobiłam sobie jeszcze kakao i poszłam z nim do pokoju. Zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku. Zaczęłam odrabiać zadanie, a potem weszłam na chwilkę na neta. Powchodziłam na aska, komixxy i inne takie strony, aż wybiła godzina dwudziesta pierwsza trzy. Poczułam, że chce mi się pić. Zeszłam więc na dół. Gdy szłam do kuchni, przechodziłam obok gabinetu mojego ojca. Coś kazało mi tam wejść. Jakaś niewidzialna siła mnie tam przyciągała. Próbowałam z nią walczyć, ale w końcu nie wytrzymałam. Uchyliłam drzwi i skierowałam się w stronę biurka. Zauważyłam, że leży na nim jakaś kartka. Podniosłam ją i okazało się, że był to list od mojej matki. Zaczęłam go czytać. Wystarczyło zaledwie kilka zdań, abym dowiedziała się czegoś, co rodzice ukrywali przede mną przez siedemnaście lat...

---------------------------------------------------

Jakoś się wyrobiłam z tym rozdziałem. Przepraszam, że taki krótki, ale po prostu chciałam przerwać w takim momencie xD
Wiem, okropna jestem, ale nie martwicie się. Nie będzie w tym liście nic nadzwyczajnie ciekawego.

I jeszcze stylówka :













A tak wgl. to ja wam się dziwię, jak możecie czytać to moje wypociny. No jestem wam oczywiście wdzięczna, że zostawiacie komentarze i to nawet nie wiecie jak, ale jak ja zaczynam czytać jakiś rozdział, to już po kilku zdaniach wyłączam. Takie nudy. Zawsze jak mam jakiś pomysł, to wydaje mi się, że rozdział będzie zaje, ale jak zaczynam go pisać...wychodzi beznadziejny. W każdym razie dzięki, że jesteście, że czytacie, że głosujecie w ankietach i za to, że za każdym razem, gdy czytam wasze komentarze, na moich ustach pojawia się wielki banan. Uwielbiam was za to :)


          I jeszcze jedno. Ponieważ moje ferie kończą się 3 stycznia, to od tego dnia rozdziały pewnie będą pojawiały się rzadziej. Przynajmniej na samym początku. Mam jakieś pomysły, więc nie powinno być źle. :)

          No, to chyba tyle. Teraz proszę o komentarze :D